Broken Clouds

10°C

Kołobrzeg

13 czerwca 2024    |    Imieniny: Antoni, Lucjan, Gracja
13 czerwca 2024    
    Imieniny: Antoni, Lucjan, Gracja

Redakcja: tel. 500-166-222 poczta@miastokolobrzeg.pl

Portal Miasto Kołobrzeg FBPortal Miasto Kołobrzeg na YT

Regionalny Portal Informacyjny Miasta Kołobrzeg i okolic

reklama

reklama

Z ławy obrońcy i kibica (100): Mój stan wojenny

Setny jubileuszowy odcinek felietonów przeznaczę na kilka refleksji i wspomnień. Jest grupa kilku osób, które przegrały ze mną sprawy cywilne (pozdrowienia dla Pana Waldka), którzy pod każdym moim felietonem, obojętnie na jaki temat (wbrew regulaminowi) wypominają moją pracę w prokuraturze. Nigdy nie kryłem, że w latach 1979-1986 byłem prokuratorem w Płocku, w Sierpcu oraz w Kołobrzegu (od 1.10.1982 roku).

Moi rodzice utrzymywali się z pracy w gospodarstwie rolnym w Białogardzie o powierzchni 7 ha. Poznałem co to praca fizyczna, ale kiedy poszedłem na studia rodzicom odebrano gospodarstwo i rodzina utrzymywała się z pracy ojca, który pracował jako portier. Było biednie i tak naprawdę nie mogłem liczyć na wsparcie rodziców. Od początku pracowałem w spółdzielni studenckiej, co nie przeszkodziło mi, że na 140 studentów Uniwersytetu Gdańskiego osiągałem 3 miejsce i prawo do indywidualnego trybu studiów, a także stypendium naukowe dla najlepszych studentów. Moja przecudna mama zachorowała na raka (miała tylko 53 lata) i jako najmłodsze dziecko przyjąłem na siebie opiekę. Rodzice mieszkali w Płocku i szukając pracy w pierwszej kolejności poszedłem do sądu z zapytaniem o możliwości aplikacji sądowej. Tam po raz pierwszy tak naprawdę zderzyłem się z komuną, bo prezes sądu zapytał mnie, czy należę do PZPR. Kiedy zaprzeczyłem, to otrzymałem odpowiedź negatywną. Tę część mojej opowieści polecam aktualnym dyskusjom na temat niezależności sędziów, którzy w latach 70. i 80. należeli do partii komunistycznej, gdyż pod kątem przynależności do tej awangardy klasy robotniczej dokonywano doboru na sędziów.

Bez większego przekonania poszedłem do prokuratury, a tam, ku mojemu zdziwieniu, nie pytano mnie o przynależność do PZPR, ale od razu podpisali ze mną umowę o stypendium fundowane z gwarancją pracy przez 3 lata i że będą łożyli na moje studia. W tym czasie bardzo interesowałem się prawem karnym, a moim opiekunem naukowym był prof. Marian Cieślak, poważany w Europie specjalista od procedury karnej. Pracę w Prokuraturze Rejonowej w Płocku rozpocząłem 8.10.1979 roku. Pierwszego dnia zaczęły się schody, bo szef POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w prokuraturze) położył przed mną deklarację przystąpienia do PZPR i oświadczył stanowczo, że mam ją wypełnić w ciągu godziny. Po tym czasie powrócił i wkurzony zaczął mnie wypytywać, dlaczego deklaracja jest niewypełniona. Oczywiście nie mogłem mu powiedzieć, że mój dziadek ze strony mamy walczył w legionach Piłsudskiego, a w 1943 roku zamordowali go komuniści, całą moją rodzinę sowieci wywieźli na Syberię, bo ojciec walczył w kampanii wrześniowej, wujka zastrzelili Rosjanie, bo nie chciał być wcielony do Armii Czerwonej, a moja rodzina dopiero w 1957 roku z przysłowiową jedną walizką przyjechała z Lidy do Białogardu. Były różne naciski, abym zapisał się do PZPR, ale wolałem uciąć sobie rękę, niż wstąpić do komunistycznej organizacji. Byłem wtedy jedynym prokuratorem w województwie płockim, który nie należał do PZPR. Tak było też kiedy przeniosłem się do Kołobrzegu (straciłem dom w Płocku w wyniku powodzi) i również byłem jedyną czarną owcą w prokuraturze w województwie koszalińskim. Proszę mnie więc nie porównywać do niejakiego Piotrowicza, który też był w prokuraturze, ale był w PZPR i pełnił funkcję szefa POP PZPR, a poza tym prowadził sprawy polityczne. Przede mną takie sprawy trzymano w tajemnicy i zajmowałem się jedynie sprawami kryminalnymi, tak jak każdy obecny prokurator. Mój bezrozumny upór przed wstąpieniem do PZPR (jak to wtedy określano), przyczynił się do tego, że w trakcie aplikacji prokuratorskiej powołano mnie do wojska w styczniu 1981 roku jako podchorążego.

W grudniu 1981 roku byłem w wojsku w Skierniewicach w stopniu sierżanta podchorążego. W jednostce na ponad 100 oficerów i podoficerów było tylko dwóch, którzy nie należeli do PZPR, co najlepiej świadczy kim są byli wojskowi z okresu PRL, którzy obecnie tworzą organizacje kombatanckie. Dla oficerów i podoficerów nazywanych popularnie Ludowym Wojskiem Polskim, poddanych propagandzie i naciskom – Solidarność, czyli 10 mln ludzi, to wrogowie, których należy bezwzględnie zwalczać. W wojsku, poza pojedynczymi przypadkami, nie było jakiegokolwiek sprzeciwu wobec Jaruzelskiego, a opowieści, że wojsko w przypadku wkroczenia sowietów podjęłoby walkę – należy między bajki włożyć. Aby podgrzać atmosferę w wojsku zatrzymywano żołnierzy, którzy mieli wyjść do cywila jesienią 1981 roku i jako powód podano, tzw. ekstremę ,,Solidarności”. Chodziło również o to, że żołnierze ci zostali powołani na jesieni 1979 roku, a więc nie zetknęli się z ,,Solidarnością”. Większość z tych chłopaków, którzy musieli w wojsku zostać dłużej faktycznie uznało, że cierpią z powodu ,,Solidarności”. Innym zabiegiem było malowanie krzyży na drzwiach oficerów. Kadrze wmawiano, że robi to ekstrema ,,Solidarności”, która chce zamordować rodziny oficerów. Akcja malowania krzyży zorganizowana była przez Wojskową Służbę Wewnętrzną, ale cel propagandowy siania nienawiści został osiągnięty. Już po wprowadzeniu stanu wojennego dowódca mojego pułku na zebraniu kadry oświadczył, że wojsko pacyfikujące siedzibę "Solidarności” w Skierniewicach znalazło "urządzenia do obcinania głów”. Po tych słowach oficerowie wydali szmer przerażenia, a ja zapytałem, jak to urządzenie do obcinania głów wyglądało. Wcześniej tam bywałem – siedziba ,,Solidarności” to dwa malutkie pokoiki wypełnione od podłogi do sufitu różnymi ulotkami i nie było tam nic innego poza papierami. Pan pułkownik nie raczył odpowiedzieć na pytanie, tylko mnie zbeształ za niestosowne pytanie.

Poranek 13 grudnia 1981 roku spędzałem w domu w Płocku, gdyż 11 w piątek dostałem przepustkę do 18 grudnia. Po powrocie z przepustki miałem wypełnić kartę obiegową i miał to być ostatni dzień mojego pobytu w wojsku. Uznałem więc, że skoro mam ważną przepustkę, to nie muszę stawiać się w jednostce i przyjechałem tam dopiero zgodnie z planem 18 grudnia 1981 roku. Po przekroczeniu bramy natknąłem się na zastępcę dowódcy pułku ds. politycznych, który na ,,dzień dobry” powiedział, że za dezercję z pola walki otrzymam co najmniej 10 lat więzienia. Zdziwiło mnie to, gdyż nie miałem żadnej informacji, aby jakiś wróg napadł na Polskę, o co zapytałem politruka. Mój pierwszy dzień w wojsku w stanie wojennym był pełen dziwnych wydarzeń. Dowódca pułku, za spóźnienie się na wojnę polsko-jaruzelską, wlepił mi karę 10 dni zakazu opuszczania koszar (ZOK). Była to kara zupełnie bez znaczenia, bo i tak cała kadra siedziała w koszarach, i nie mogła ich opuszczać. Jakiś żołnierz na plakacie propagandowym dopisał odręcznie ,,A gdzie jest 17 miliardów?”. Była to kwota naszego wówczas zadłużenia zagranicznego i w warunkach siermiężnej gospodarki wydawała się nie do spłacenia. W jednostce pojawiło się ośmiu oficerów WSW, którzy przez kilka dni prowadzili intensywne śledztwo, mające na celu ustalenie sprawcy owego wpisu. Zebrano żołnierzom wszystkie zeszyty z notatkami i długopisy oraz przesłuchiwano poszczególnych żołnierzy. Po kilku dniach jeden z żołnierzy przyznał się i dostał karę miesiąca aresztu wojskowego.

Kadra miała swoją odrębną świetlicę. Siedziałem i z nudów przeglądałem jedną z dwóch gazet, które wówczas mogły się ukazywać, tj. ,,Trybunę Ludu” i ,,Żołnierza Wolności”. Na pierwszej stronie była siedemnastoosobowa lista internowanych działaczy partyjnych z Gierkiem, Jaroszewiczem i Babiuchem na czele. Na końcu tej listy, 16 i 17 miejsce, zajmowało dwóch wiceprezydentów Płocka, którzy byli aresztowani za branie łapówek w zamian za przydzielanie mieszkań komunalnych. Zetknąłem się osobiście z tą sprawą, kiedy byłem jeszcze aplikantem w prokuraturze. Wyraziłem więc zdziwienie, że dwóch sprawców przestępstw kryminalnych zostało przeniesionych z aresztu śledczego do ośrodka wczasowego jako internowani. Dziesięć minut później o mojej wypowiedzi dowiedział się dowódca batalionu, który mnie wezwał do siebie i zaczął na mnie wrzeszczeć, że sieję wrogą propagandę i występuję przeciwko prawu stanu wojennego. Próbowałem się wytłumaczyć, ale dowódca batalionu stwierdził, że jeszcze jedna taka moja wypowiedź, to pójdę pod sąd wojenny. Chwilę później otrzymałem rozkaz sformułowania plutonu żołnierzy i wydania im ostrej amunicji. Zostałem poinformowany, że moim zadaniem będzie rozbicie strajku w Prokuraturze Okręgowej w Skierniewicach, gdyż prokuratorzy i pracownicy zabarykadowali się, nie chcą wychodzić , ani nie chcą nikogo wpuszczać. Przez dwie godziny staliśmy w pogotowiu, czekając na dalsze rozkazy. Okazało się, że prokuratorzy wyszli dobrowolnie z budynku prokuratury i interwencja wojska nie była już potrzebna.

Dwadzieścia dni później, 8 stycznia 1982 roku, w Płocku wylała Wisła i zalała mój parterowy dom na wysokość 3,5 metra. Panowały mrozy po około – 18 stopni Celsjusza. Wisła zamarzła, telefony nie działały i służba hydrologiczna nie podawała komunikatów. Był to bezpośredni wynik wprowadzenia stanu wojennego. Straciłem dom i cały dobytek. Kilka miesięcy później wyszedłem z wojska i powróciłem do Kołobrzegu, ale to już zupełnie inna historia.

Adwokat Edward Stępień

reklama

reklama

Dodaj komentarz

UWAGA!
Komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności. Publikowanie jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu. Jeśli jakikolwiek komentarz narusza obowiązujące prawo lub zasady współżycia społecznego, prosimy o kontakt poczta@miastokolobrzeg.pl. Komentarze niezwiązane z artykułem, naruszające regulamin lub zawierające uwagi do redakcji, będą usuwane.

Komentarze zostaną opublikowane po akceptacji przez moderatora.

Zgody wymagane prawem - potwierdź aby wysłać komentarz



Kod antyspamowy
Odśwież

Administratorem danych osobowych jest  Wydawnictwo AMBERPRESS z siedzibą w Kołobrzegu przy ul. Zaplecznej 9B/6 78-100 Kołobrzeg, o numerze NIP: 671-161-39-93. z którym możesz skontaktować się osobiście pod numerem telefonu 500-166-222 lub za pośrednictwem poczty elektronicznej wysyłając wiadomość mailową na adres poczta@miastokolobrzeg.pl Jednocześnie informujemy że zgodnie z rozporządzeniem o ochronie danych osobowych przysługuje ci prawo dostępu do swoich danych, możliwości ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania w zakresie wynikającym z obowiązującego prawa.

reklama