menu

POD PRĄD - felieton Roberta Dziemby (15)

informacje kołobrzeg, komentarz, dziemba, muzeum, rada muzeumJak kończą dziennikarze... Niby IV władza, czy stan nawet. Prawda jest taka, że dziennikarz to zwykły pracownik, który sam sobie nie pomoże.

 


Dziś uczestniczyłem w procesie z powództwa Marzeny Bamber przeciwko wydawcy "Gazety Kołobrzeskiej". Po ponad 10 latach pracy, Marzena Bamber otrzymała wypowiedzenie z pracy, bo jej etat został zlikwidowany. Stało się to na niecałe 2 tygodnie przed skończeniem przez nią 56 lat, a więc okresu, w którym byłaby w okresie chroniącym ją przed zwolnieniem, aż do przejścia na zasłużoną emeryturę. Według dziennikarki, została zwolniona ze względu na wiek, okres ochronny, a likwidacja etatu była fikcyjna, bowiem "Gazeta Kołobrzeska" nadal poszukuje dziennikarzy. Wydawca broni się, twierdzi, że zatrudnia już tylko naczelnego i redaktora sportowego, reszta dziennikarzy pracuje na umowy cywilnoprawne, a redukcja zatrudnienia była związana z dążeniem do oszczędności, bo coraz mniej osób kupuje "Gazetę Kołobrzeską", a wszystko wokół drożeje. To stanowiska stron, o tym kto ma rację - rozstrzygnie sąd. Marzena Bamber domaga się przywrócenia do pracy.

Nie publikowałem osobnego tekstu w tym temacie, po pierwsze dlatego, że Marzena Bamber to moja koleżanka - 10 lat temu również pracowałem dla "Gazety Kołobrzeskiej" (też obiecywano mi etat...). Po drugie, uważam, że pracodawca ma prawo zwalniać pracowników, a redukcja zatrudnienia jest czymś zupełnie naturalnym, o ile jest prowadzona racjonalnie i zgodnie z prawem. Dlatego dziś jedynie obserwowałem proces, powiedzmy prywatnie. Ale tego rodzaju przypadki pokazują, także nam dziennikarzom, jak coraz bardziej problematyczne staje się wykonywanie naszego zawodu.

W 2009 roku uczestniczyłem w konferencji naukowej w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie pt. "Prawda w mediach. Między ideałem a iluzją?". Organizatorom chodziło o uchwycenie aksjomatu prawdy w zawodzie dziennikarza. Tradycyjnie, zabrałem głos w części ekonomicznej konferencji, wygłaszając referat pt. "Media lokalne a uwarunkowania rynkowe: pomiędzy prawami ekonomii a wiernością ideałom" ("Prawda w mediach. Między ideałem a iluzją?", M. Drożdż red., Tarnów 2010). W przypadku mediów nie chodzi o kryzys. W przypadku mediów chodzi o finał wielkiej ewolucji, która odbywa się na gruncie społecznym i technologicznym, w dodatku na naszych oczach. Jej ofiarami są nie tylko dziennikarze, ale również same media. Po pierwsze dlatego, że media tradycyjne, zwłaszcza prasa, przeżywają kryzys (czytelników odbiera im Internet). Po drugie, coraz częściej dziennikarzy i fotoreporterów zastępują sami czytelnicy. Tą kwestą zajmowałem się już w 2007 roku na konferencji "Nowe media - stan obecny i możliwości rozwoju" zorganizowaną przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie wygłosiłem referat "Nowe media a koncepcja V władzy". Już wówczas pisałem o kwestiach, które dziś wydają się same przez się oczywiste, a wówczas nie było to takie pewne: "Siłą nowych mediów i nowych kanałów komunikowania jest ich spontaniczność, ogólnodostępność i zewnętrzne kształtowanie zawartości. Tradycyjne media w dużej części kształtują swoją zawartość przez zawodowe redakcje. Odbiorcy mediów stanowią jedynie tło lub coraz częściej stają się bohaterami artykułów oraz audycji. W Internecie każdy jest jednocześnie nadawcą i odbiorcą, w następstwie czego archetyp kreowania takiej zawartości przez nadawcę, jakiej oczekuje odbiorca, staje się bez znaczenia. „Piąta władza” wypiera zawodowe redakcje na rzecz „dziennikarstwa społecznego”, czyli nadawców, którzy dostarczają informacji dla społeczności internetowej, pozwalając na ich komentowanie, rekonstruowanie, kopiowanie, etc."

Nie wchodząc w kwestie teoretyczne, warto powrócić do kwestii ekonomicznych dziennikarstwa lokalnego. Mało kto wie, ale w Kołobrzegu dziennikarzy na etacie można policzyć na palcach jednej ręki. A teraz proszę policzyć redakcje i osoby, które są dziennikarzami... Problem polega na tym, że dziennikarze pracują zasadniczo na umowach śmieciowych, dostają po wykonaniu materiałów umowę zlecenie, albo umowę o dzieło. Za te pieniądze, które zarabiają pracownicy mediów w Kołobrzegu, ciężko by było znaleźć w niektórych przypadkach sprzątaczkę, nauczyciela, o hydrauliku nie wspominając. W wielu przypadkach, dziennikarze na umowę o pracę zarabiają najniższą krajową plus wierszówka (dodatkowo ok. 500-800 zł, w zależności od ilości wykonanych i kupionych materiałów). Praca, wcale nierzadko, świątek, piątek, niedziela. Za te pieniądze, dziennikarze mają pomagać czytelnikom, którzy problemów mają bez liku, obsługiwać imprezy, kontrolować władzę, obserwować dziwne działania przedsiębiorców, wykonywać zadania specjalne, itd. Teraz warto wyobrazić sobie umowę o dzieło czy umowę zlecenie. Były redakcje, w których umowy te zastępowały umowy o pracę: dziennikarze podlegali redaktorowi naczelnemu, pracowali w godzinach i w określonym miejscu. I za te średnio 1500 złotych, w zależności od miesiąca, pracują, choć choroba dziecka, kontuzja, to brak możliwości wykonania materiału. Dobrze, jak na tym się kończy (nie ma materiału, nie ma pieniędzy). Zazwyczaj, przy okazji można usłyszeć o braku dyspozycyjności i setkach chętnych do tej pracy. A jakże. Bo są w Kołobrzegu media, które pracowników szukają dość często. Wymaga pogłębionych badań, dlaczego fluktuacja dziennikarzy, fotoreporterów i operatorów jest tam tak duża. Z prowadzonych dotychczas badań w Polsce wynika, że praca wolnych strzelców w mediach jest jak praca na plantacji truskawek: pracujesz aż wszystkie zerwiesz, albo będziesz nimi wymiotował. Dziennikarze często tylko czekają, aż znajdą coś lepszego: może praca w urzędzie, może w jakiejś jednostce budżetowej, a może wreszcie w szpitalu... Byle mieć opłacony ZUS i pierwszy od 8 lat urlop. Bywa też tak, że dziennikarstwo to dorabianie do innego etatu. Po godzinach, krótki tekścik i jest na nową lodówkę.

A teraz jakość. Po co krytykować prezydenta, starostę czy radnych? Po co zadzierać z dyrektorem szpitala, prezesem spółki miejskiej? Po co robić sobie wrogów, gdy praca zostanie wyceniona na 10, no dobra - 25 złotych (często brutto)? Po co pisać na trudne tematy, po co zajmować się sprawami, w których odpowie nam jedna z najlepszych kancelarii prawnych w Polsce? To jak publiczne całowanie lwa w dupę: przyjemność żadna, a ryzyko nieadekwatne do korzyści. Już w 2009 roku oceniałem to tak: "Pomimo istnienia prawnych zapisów wyznaczających dyskurs zawodu dziennikarza, dziennikarze w Polsce coraz częściej skarżą się na realia, które uniemożliwiają im pełną realizację dziennikarskich obowiązków wobec odbiorców. Przeprowadzone badania wskazują, że na współczesnym etosie dziennikarskim ciąży rozczarowane rzeczywistością oraz poczucie bezradności wobec pozycji dziennikarzy względem firm i koncernów, dla których pracują, a więc dla faktycznej „IV władzy”. Zmiany własnościowe w mediach, restrukturyzacje, zwolnienia, niepewność finansowa i brak pracy na etacie, a co za tym idzie pozbawienie świadczeń socjalnych, obniża morale osób wykonujących zawód dziennikarza".

Jest jeszcze druga strona medalu. Naciski. W różnych kwestiach. Bo dziennikarz nie przymknął oka, bo pokazał to, co powinien, bo było nieco złośliwy, itd. Naciska się na redakcję, naczelnego, właściciela tytułu - na różne sposoby: od propozycji reklamy po korzyści materialne lub finansowe. Naciska się na dziennikarzy. Przy zarobkach średnio 1500-2000 zł miesięcznie, propozycja 500 zł załatwia sprawę. Dla wielu to majątek. Czasami rozumiem, że niektórzy są gotowi za to odwrócić głowę w drugą stronę. Niemały wpływ na media mają politycy. Osobiście wiem, jak traci się pracę w 45 minut. Za co? Za podanie prawdziwej informacji, której podawać się nie powinno. Bo tak lepiej będzie dla wszystkich. Dla ludzi nie ma znaczenia czego nie wiedzą, nieprawdaż?

To przerażające, bo nie wiemy co jemy, różne firmy stosują różne tanie ulepszacze (czytaj sól wypadowa). Tych przykładów można by mnożyć: od paliwa po części zamienne. To właśnie ta jakość za najniższą cenę. Przyjeżdża dziennikarz i generalnie ma zrobić materiał. Proszę sobie wyobrazić, że jest mu obojętne, co zrobi, bo materiał ma być. I kropka. A rzetelność, skrupulatność, sumienność i staranność? A wzrost umiejętności, zdobywanie wiedzy, dokształcanie się, gdzie to? Tylko po co, skoro można dać ogłoszenie o szukaniu dziennikarzy, może gdzieś rosną jak grzyby po deszczu... I można udawać, że uprawiamy dziennikarstwo. A czytelnicy będą udawali, że nam ufają i nas czytają.

Przypadek Marzeny Bamber powinien być dla wielu dziennikarzy przestrogą. Ja, jako młody człowiek, poradzę sobie zarówno ze zmieniającą się technologią, jak i rynkiem pracy. Ale zastanawiam się, co zrobię w wieku 56 lat, gdy po kolejnych 26 latach pracy zlikwidują mój etat na kilka dni przed okresem ochronnym, bo przesyłanie informacji na odległość wprost do chipa w głowie czytelnika nie będzie już wymagało obsługi człowieka, a koszty firmy będą zbyt duże. I co mam wówczas zrobić: położyć się na śmietniku i słuchać, jak śmieją się politycy czy przedsiębiorcy, którzy stracili na moich artykułach i ujawnionych nieprawidłowościach? Gówniana perspektywa. Podczas pogrzebu znanego dziennikarza naszego regionu - Bogdana Żołtaka, który zmarł w 1988 r., powiedziano tak: "Żołnierza w walce zabija kula. Górnika zawał lub pylica. Marynarza żywioł oceanu. Dziennikarza zabija samo życie, któremu służy - o które walczy, które chce uczynić piękniejszym - lepszym - sensowniejszym" (J. Patan, "Moje lata sześćdziesiąte", cz. I). W tej walce nie można jednak strzelać ślepymi nabojami, nie można nie stawać w obronie słabszych, bo zupa była za słona, czy jak to często się mówi, koszty za duże...


Robert Dziemba

 

Dodaj komentarz

UWAGA!
Komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności. Publikowanie jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu. Jeśli jakikolwiek komentarz narusza obowiązujące prawo lub zasady współżycia społecznego, prosimy o kontakt (napisz do nas). Komentarze niezwiązane z artykułem, naruszające regulamin lub zawierające uwagi do redakcji, będą usuwane.

Komentarze zostaną opublikowane po akceptacji przez moderatora.

Administratorem danych osobowych jest  Wydawnictwo AMBERPRESS z siedzibą w Kołobrzegu przy ul. Zaplecznej 9B/6 78-100 Kołobrzeg, o numerze NIP: 671-161-39-93. z którym możesz skontaktować się osobiście pod numerem telefonu 500-166-222 lub za pośrednictwem poczty elektronicznej wysyłając wiadomość mailową na adres poczta@miastokolobrzeg.pl Jednocześnie informujemy że zgodnie z rozporządzeniem o ochronie danych osobowych przysługuje ci prawo dostępu do swoich danych, możliwości ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania w zakresie wynikającym z obowiązującego prawa.