menu

Politycy podnoszą rękę na wolność słowa

informacje kołobrzeg, senat, zabija, prasęSenatorowie wezwani przez Trybunał Konstytucyjny kończą majstrowanie przy ustawie Prawo prasowe. Dzięki temu zlikwidują polską prasę.


Z inicjatywy m.in. Jerzego Baczyńskiego, redaktora naczelnego "Polityki", rozpoczęła się kilka tygodni temu dyskusja w środowisku dziennikarskim (w konsekwencji także w parlamencie), dyskusja nad samowolnym kierunkiem zmian w Prawie prasowym podjętym przez Senat. Chodzi o to, że słynny art. 31 Prawa prasowego, na podstawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 1 grudnia 2010 roku, z dniem 14 czerwca straci swoją moc. Jest to bardzo ważny zapis, dotyczący sprostowań i odpowiedzi. Senatorowie Platformy Obywatelskiej wzięli sobie wyrok Trybunału do serca i mają gotowy projekt zmian w prawie. Przecież nie może być pustki. I senatorowie wymyślili, że sprostowań już nie będzie, będą tylko odpowiedzi. Odpowiedź będzie mogła mieć podwójną objętość tekstu właściwego. Będzie mógł ją napisać każdy, ktokolwiek, i będzie mógł napisać cokolwiek mu ślina na język przyniesie.

Powyższe zakusy storpedowali wydawcy i redaktorzy naczelni polskich tytułów. I słusznie. Od kilku tygodni na forach medialnych trwa dyskusja. Obraca się ona generalnie wokół konieczności zmiany prawa prasowego, etosu zawodu dziennikarza, wreszcie nad prawami odbiorców. Przy okazji błyskają inteligencją postulanci, wnioskujący w ogóle o likwidację prawa prasowego (ustawa pochodzi z 1984 r.), bo jak można usłyszeć, media powinien regulować Kodeks cywilny. Dla mnie głupota w czystym wydaniu. Każdy, kto choć trochę liznął Prawa prasowego, wie, że to ustawa nieco anachroniczna, pisana pod określony system polityczny i technologiczny. Należy przypomnieć, że prace nad zmianą tej ustawy nadal toczą się w Ministerstwie Kultury, a zapominać nie można o tym, że jeśli dziennikarze mają określone prawa, większe niż pozostali obywatele, to muszą za tym iść obowiązki, większe niż dla innych obywateli.

Zmiana ustawy w myśl senatorów PO, spowodowałaby, że de facto do każdego wydania gazety, trzeba by załączać suplement z wynaturzeniami czytelników. Drukowano by to na tony! Każdy mógłby żądać publikacji na każdy temat. Redakcje nie robiłyby nic innego, jak tylko redagowały odpowiedzi różnych osób. Odpowiadać można by teoretycznie nawet na nekrologi. A proszę sobie wyobrazić, że trzeba by publikować odpowiedzi na odpowiedzi. Na portalach zamiast informacji, pojawiałyby się zasadniczo odpowiedzi na informacje. Którego wydawcę na to stać?

Wydawanie prasy, to podstawowy przejaw wolności słowa. Prasę może wydawać każdy i każdy ma do tego prawo, po spełnieniu pewnych prostych kwestii formalnych. Prawdą jest, że Prawo prasowe wymaga zmian, jak chociażby uregulowania, kto ma obowiązek rejestracji prasy internetowej, kto odpowiada za komentarze w prasie internetowej, jakie standardy powinni spełniać redaktorzy naczelni czy dziennikarze ogólnie. Dyskusja nad tym trwa od lat. Tymczasem, politycy oscylują regularnie nad art. 31. Pierwotnie, niezwykle restrykcyjny projekt zmiany zapisów ustawy przygotowała Samoobrona, wieszcząc zemstę nad nielubianymi dziennikarzami. Czy my musimy brać przykład ze Słowacji, Białorusi czy Węgier? Nie musimy i na pewno nie muszą tego robić senatorowie Platformy Obywatelskiej.

To prawda, że większość sprostowań i odpowiedzi nie nadaje się do publikacji. To prawda, że ustawa słabo reguluje kwestie odróżniające sprostowanie i odpowiedź. To prawda, że często autorzy sprostowań i odpowiedzi twierdzą, że to jedno i to samo, nawet powołują się na dwa przepisy, choć tekst jest jeden. Ale przez 30 lat jakoś to funkcjonowało. Rzadko kiedy otrzymujemy sprostowania i odpowiedzi. Ale jak już przychodzą, to wołają o pomstę do nieba. Ich autorzy nie mają pojęcia o instytucji sprostowania i odpowiedzi. Piszą je często prawnicy. Przychodzą elaboraty na kilkanaście stron, choć prostuje się jedno zdanie. Przepisy są dość spójne, co do sposobu postępowania z nadesłanym sprostowaniem i odpowiedzią. Albo się publikuje, albo nie. Jeśli sprostowanie lub odpowiedź się odrzuca, trzeba to uzasadnić lub wskazać elementy do zmiany. Proste. Po co to zmieniać?

Prawdą jest również fakt, że redakcje lekceważą instytucję sprostowania i odpowiedzi. Przekonała się o tym nasza redakcja. Na tekst podający nieprawdziwe informacje na nasz temat wysłaliśmy sprostowanie do redaktora naczelnego "Gazety Kołobrzeskiej". Sprostowanie, w tygodniku powinno ukazać się w najbliższym lub jednym z dwóch następujących po nim przygotowanych do druku numerów. Nie ukazało się. Po miesiącu nie dostaliśmy nawet odpowiedzi. Sprawa pewnie znajdzie finał w sądzie...

Niestety, właśnie takie doświadczenia tchną ducha w działania przeciwko prasie. Miejmy nadzieję, że dzisiejszy protest największych gazet w Polsce, zatrzyma te dążenia i sprowadzi dyskusję o zmianach na poziom rzeczywistych, a nie politycznych potrzeb.

Robert Dziemba
redaktor naczelny


Dodaj komentarz

UWAGA!
Komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności. Publikowanie jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu. Jeśli jakikolwiek komentarz narusza obowiązujące prawo lub zasady współżycia społecznego, prosimy o kontakt (napisz do nas). Komentarze niezwiązane z artykułem, naruszające regulamin lub zawierające uwagi do redakcji, będą usuwane.

Komentarze zostaną opublikowane po akceptacji przez moderatora.

Administratorem danych osobowych jest  Wydawnictwo AMBERPRESS z siedzibą w Kołobrzegu przy ul. Zaplecznej 9B/6 78-100 Kołobrzeg, o numerze NIP: 671-161-39-93. z którym możesz skontaktować się osobiście pod numerem telefonu 500-166-222 lub za pośrednictwem poczty elektronicznej wysyłając wiadomość mailową na adres poczta@miastokolobrzeg.pl Jednocześnie informujemy że zgodnie z rozporządzeniem o ochronie danych osobowych przysługuje ci prawo dostępu do swoich danych, możliwości ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania w zakresie wynikającym z obowiązującego prawa.