Light rain

4°C

Kołobrzeg

27 lutego 2024    |    Imieniny: Anastazja, Wiktor, Gabriel
27 lutego 2024    
    Imieniny: Anastazja, Wiktor, Gabriel

Redakcja: tel. 500-166-222 poczta@miastokolobrzeg.pl

Portal Miasto Kołobrzeg FBPortal Miasto Kołobrzeg na YT

Regionalny Portal Informacyjny Miasta Kołobrzeg i okolic

reklama

reklama

Honorowy obywatel Kołobrzegu oskarżany, ale czy słusznie?

17 sierpnia 1975 roku kardynał Karol Wojtyła odwiedził Kołobrzeg w związku z obchodami 975-lecia utworzenia biskupstwa w Kołobrzegu. Wydarzenie to upamiętniono brązową tablicą. Potem, przed bazyliką na Pomniku Milenijnym dostawiono m.in. jego figurę, ale później jego imię zaczęła także nosić główna kołobrzeska ulica. Wcześniej, nadano mu honorowe obywatelstwo Kołobrzegu. Po emisji audycji pod tytułem „Franciszkańska 3” w TVN, pojawiły się głosy krytyczne, bo rzekomo kardynał Wojtyła miał kryć księży pedofilów. Dowody na to miały zostać odnaleziono w archiwum IPN i wzmocniono je zeznaniami świadków. Tak to jest, gdy za wyjaśnianie historii biorą się dziennikarze, a nie historycy.

Pozwolę sobie zaznaczyć, że nie opisuję okresu watykańskiego życia kardynała Wojtyły jako Jana Pawła II. Odnoszę się do tego, co zobaczyłem, a więc do postaci kardynała z okresu krakowskiego, czyli do 16 października 1978 roku. Grzechem głównym jest fakt, że do tej pory nie powstała biografia krytyczna kardynała Wojtyły, oparta na fundamencie krytycyzmu akademickiego, bez kłaniania się świętościom czy innym komunałom podwórkowego katolicyzmu, zwłaszcza w świetle krytyki polskiego kościoła, pogrążającego się pod oskarżeniami o ukrywanie i niechęć w wyjaśnianiu spraw pedofilii. Tak długo, jak było to możliwe, brązowiono postać Wojtyły, nadawano mu nadludzkie cechy i przypisywano sukcesy, których nie osiągnął, jak to w hagiografiach świętych bywa. To właśnie dlatego możliwe jest powstawanie takich reportaży. To, co zobaczyliśmy w TVN, to połączenie dyletanckiej kwerendy w Instytucie Pamięci Narodowej, z zastosowaniem elementów oral history bez jakiegokolwiek warsztatu, na tzw. "żywca". Ponieważ to dałoby się zbyt prosto obalić, to wzmocniły te twierdzenia osoby negatywnie ustosunkowane do kościoła. A jeśli to połączymy z nurtem prezentyzmu, a więc omawiania przeszłości przez pryzmat czasów obecnych, to mamy to, co mamy. Odpowiada za to także fakt zamknięcia części archiwów kościelnych, ze szczególnym uwzględnieniem archidiecezji krakowskiej, co więcej, także fakt, że życie tej postaci na warsztat trafia dopiero 18 lat po jej śmierci...

Moim zdaniem, w reportażu co do zasady nie zobaczyliśmy ani jednego sensownego przypadku pedofilii, który do tej pory nie byłby znany w literaturze. Nie jest prawdą, że jako pierwszy sprawy te ujawnił dziennikarz TVN. Osobiście czytałem artykuły poświęcone pedofilii w archidiecezji krakowskiej w „Rzeczpospolitej”. Jeden z nich, ukazał się pod koniec listopada 2022 roku. Tomasz Krzyżak i Piotr Litka opublikowali obszerny materiał, pt. „Kościelne peregrynacje seksualnego drapieżcy(zobacz) – o księdzu pedofilu Eugeniuszu Surgencie. To postać ważna o tyle, że pracowała także w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej niedługo po jej erygowaniu. 9 marca b.r., już po emisji w TVN, ci sami autorzy opublikowali tekst, pt. „Jak kardynał Karol Wojtyła kontrolował pedofila(przeczytaj). Oni jako pierwsi napisali tak: „W telewizyjnym reportażu oraz wychodzącej właśnie książce – w oparciu o cztery przypadki – postawiona została mocna teza, że Karol Wojtyła doskonale wiedział o pedofilii duchownych i nic z tym nie robił. (…) Wydawało się, że dość przekonująco – w oparciu o dokumenty, które poznaliśmy – pokazaliśmy, że Wojtyła podejmował zdecydowane kroki w odniesieniu do tego księdza. Okazuje się jednak, że te same dokumenty można czytać inaczej…” – to opinia o tym, co stało się w reportażu stacji TVN, opinia osób, które wcześniej zajmowały się informacjami zachowanymi w archiwach i dostępnych badaczom.

Fakt, że w okresie do 1978 roku w archidiecezji krakowskiej dochodziło do przypadków pedofilii, nie jest tajemnicą za sprawą wcześniejszych publikacji. Reportaż TVN niczego nowego nie odkrył. Tyle, że do tej pory z opublikowanych dokumentów wynikało co innego, że wskazywani księża byli skazywani przez sądy powszechne, odbywali nałożone kary, a władze kościelne traktowały ich według obowiązującego prawa. Dziś, środki te można uznać za niewystarczające. Jednak za sprawą emisji reportażu, Polacy nie dowiedzieli się kwestii wydawałoby się najważniejszej, że dalsze krzywdzenie dzieci przez tych duchownych było możliwe przez działania organów państwa w postaci Służby Bezpieczeństwa. Funkcjonariusze doskonale wiedzieli, że księża dopuszczają się pedofilii, ale wykorzystywali ich sytuację rejestrując ich jako tajnych współpracowników. Używali ich do zdobywania informacji na temat tego, co dzieje się w kościele, bo informacje te służyły do zwalczania szeroko rozumianego kościoła i opozycji. Państwo polskie pozwalało na krzywdzenie dzieci w imię walki z kościołem. Nikt nigdy z tego tytułu nie został ukarany, bo cel uświęcał środki. Do tej pory nie doczekaliśmy się również szerszej publikacji poświęconej tym praktykom Służby Bezpieczeństwa, a także innych organów państwa, bo nie ma możliwości, aby tylko jedna organizacja oddziaływała na tę grupę społeczną, jaką byli księża. Ludzie ci, szantażowani, a także w jakiś sposób uprzywilejowani jako tajni współpracownicy, oszukiwali przełożonych, mogli liczyć na pobłażliwość władz, ale także łamali prawo.

Przedstawienie działalności księcia kardynała Adama Sapiehy, wstrząsnęło badaczami okresu wczesnego PRL. Trudno się dziwić, że badacze sprawdzili zasoby IPN i stwierdzili dość szybko, że dokumenty, na które powoływał się autor reportażu, to zwykłe fałszywki, wykonane w dodatku przez oficera złapanego na ich sporządzaniu i skazanego na 5 lat więzienia - ppor. Krzysztofa Srokowskiego. Widzowie TVN tego nie zobaczyli. Nie ukazało się też żadne sprostowanie, dementi. Podsumowując, kwity na księdza Andrzeja Mistata, który miał nazwać kardynała Sapiehę „drapieżcą seksualnym” są fałszywe. Z kolei drugie zeznania duchownego, tym razem ks. Anatola Boczka, są kompletnie niewiarygodne, o czym w historiografii wiadomo – był on tajnym współpracownikiem SB ps. „Luty”. Należał od Ruchu Księży Patriotów, współpracującego z władzami, skonfliktowanego z kościelnymi hierarchami. Jeśli spojrzeć na zawartość archiwów i ich analizę, a także ujęcie krytyczne, to poznaliśmy rzeczywistość fikcyjną, czyli nieprawdę.

Podobnie jest w przypadku samego kardynała Wojtyły. Można odnieść wrażenie, że skoro archiwa archidiecezji krakowskiej są zamknięte dla badaczy, to coś trzeba było znaleźć, aby uprawdopodobnić, że już w czasach krakowskich Karol Wojtyła znał sprawy pedofilii, tuszował je i przenosił księży. Wydaje się, że taka była teza reportażu. Słowa te zresztą przewijają się przez sporą część czasu antenowego. Z pomocą przyszły zasoby IPN i sprawy czterech księży, tudzież inne, wsparte jakimiś wypowiedziami i ocenami. Tyle, że to nie jest prawidłowa postawa badacza. Badacz wobec problemu jest neutralny. Historycy nie mogą szukać na siłę dowodów na potwierdzenie hipotezy, bo w ten sposób szybko można wpaść w pułapkę zastawioną przez SB wobec nieprawdziwych informacji zawartych na poszczególnych kartach. Nie każdy świadek, chętnie mówiący o jakiejś postaci historycznej, będzie robił to w postawie mówienia prawdy jako takiej. Postawa ta musi być oceniona z punktu jego działalności i ustosunkowania do analizowanej osoby, w tym wypadku kardynała Wojtyły. Dlatego niezbędna w takich sprawach jest wielostronna praca badawcza w zakresie personalnym: kto i dlaczego pisał, a także kto i dlaczego mówił. Bez tej postawy krytycznej, w przypadku popełnienia błędów, będziemy wskazani na dwugłos, a wyniki kolejnych badań będą różne w stosunku do pierwotnych.

Uważam, że Karol Wojtyła zasługuje na bezstronną, ale i krytyczną monografię swojego działania w okresie krakowskim. Wymaga to otwarcia archiwów i stanięcia twarzą w twarz z różnymi faktami, a nie polewania lukrem tych samych faktów. Inaczej, jesteśmy zdani na pomówienia, niesprawdzone fakty i iluzję opatrzoną marką ogólnopolskiej stacji. W oczach wielu osób uwiarygadnia to jednak nieprawdziwe wydarzenia, które nie miały miejsca, poza tym, że krzywdzono dzieci – to wspólny mianownik tych spraw. Zarówno ofiary kościelnej pedofilii, jak i my Polacy, zasługujemy na prawdę, a nie na sensację. Niestety, do tego długa droga, także dlatego, że w obecnej sytuacji historycy, którzy wydadzą inny opis sprawy, niż znany ze słynnego reportażu, skazani są na powszechną krytykę, bo przecież społeczeństwo wyrok w sprawie już wydało. Tymczasem badania historyczne mają to do siebie, że są powtarzalne. A gdy wyniki na podstawie tych samych danych są inne, to co wówczas? Warto zastanowić się nad tym na chłodno i wyciągnąć wnioski, zarówno po stronie medialnej, społecznej, jak i po stronie badaczy, którzy odpowiadają za wyniki swojej pracy.

Robert Dziemba

reklama

reklama

reklama

reklama

Dodaj komentarz

UWAGA!
Komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności. Publikowanie jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu. Jeśli jakikolwiek komentarz narusza obowiązujące prawo lub zasady współżycia społecznego, prosimy o kontakt poczta@miastokolobrzeg.pl. Komentarze niezwiązane z artykułem, naruszające regulamin lub zawierające uwagi do redakcji, będą usuwane.

Komentarze zostaną opublikowane po akceptacji przez moderatora.

Zgody wymagane prawem - potwierdź aby wysłać komentarz



Kod antyspamowy
Odśwież

Administratorem danych osobowych jest  Wydawnictwo AMBERPRESS z siedzibą w Kołobrzegu przy ul. Zaplecznej 9B/6 78-100 Kołobrzeg, o numerze NIP: 671-161-39-93. z którym możesz skontaktować się osobiście pod numerem telefonu 500-166-222 lub za pośrednictwem poczty elektronicznej wysyłając wiadomość mailową na adres poczta@miastokolobrzeg.pl Jednocześnie informujemy że zgodnie z rozporządzeniem o ochronie danych osobowych przysługuje ci prawo dostępu do swoich danych, możliwości ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania w zakresie wynikającym z obowiązującego prawa.

reklama